Stowarzyszenie Milan Club Polonia - jedyny oficjalny fan klub Milanu w Polsce - największy Milan Club w Europie!

Witamy w Milan Club Polonia


MCP - daty i liczby:
Spotkanie założycielskie: 28.12.2001
Rejestracja Stowarzyszenia: 29.10.2004
Oficjalny fan klub AC Milan od: 26.06.2005
Liczba członków w sezonie 18/19: 810
MCP to największy fan klub Milanu w Europie!

Liczba wyjazdów na mecze Milanu: 66
Liczba zorganizowanych spotkań Milanistów: 30
Kontakt: kontakt@milanclubpolonia.pl
Kanał IRC: #MCP

Przydatne linki:

- PIŁKARZ ROKU
- TERMINARZ MILANU NA SEZON 2018/19
- Panel członka MCP
- Regulamin kwalifikacji na wyjazdy
- Wyjazdy prywatne - Regulamin dystrybucji karnetów
- Zasady rezygnacji i zwrotów z imprez MCP
- Informacje nt. Cuore Rossonero
- MCP na Facebook
- MCP na YouTube

 Wyjazdy MCP

Wyjazd na Cagliari - Milan

Majowy wyjazd do Cagliari był poniekąd planowany już od lipca zeszłego roku, kiedy to rozlosowano terminarz rozgrywek Serie A. Już wtedy mecz rozgrywany na Sardynii zaczął rozbudzać wyobraźnię i intrygować. Głównym problemem było jednak dotarcie na piękną włoską wyspę tak, by jednocześnie na samą podróż nie wydać fortuny. Na początku sprawa zdawała się prosta, gdyż w bardzo dobrej cenie, loty wprost do Cagliari oferował RyanAir, jednak po ogłoszeniu zapisów na wyjazd i po kupnie biletów przez pierwszych wyjazdowiczów, ich cena natychmiast wzrosła. Spowodowało to, że pozostała część grupy zainteresowanej wyprawą na Sardynię, musiała szukać alternatywnych środków transportu, co nie było w tym przypadku takie łatwe. Tym bardziej, że kłody pod nogi kibiców do ostatniej chwili postanowiła rzucać Lega Calcio, która dwukrotnie zmieniała termin meczu, przekładając go najpierw oficjalnie z niedzieli wieczór na sobotę wieczór, by parę godzin później, kiedy bilety na pociąg i rezerwacja w hotelu była już zmieniona, przełożyć go ponownie na niedzielę, na godzinę 15:00. Całe te zamieszanie sprawiło, że organizacja tego wyjazdu należała do najtrudniejszych, jednak mając długoletnie doświadczenie w organizacji różnych wypraw, poradziliśmy sobie również i z tym, i w piątek o 4 nad ranem spotkaliśmy się w 5-osobowym składzie (ja, Dondamajk, Łachu, Stejuk i Ludwik) na warszawskim lotnisku Chopina, by udać się samolotem do Bergamo. Tak, by obniżyć koszta transportowe i jednocześnie nadać wyprawie więcej wspomnień i przygody, nasza podróż była bardzo złożona i składała się z niemal wszystkich środków transportu. O 6 rano wylecieliśmy więc samolotem do Bergamo i parę minut po godzinie 8 byliśmy już na miejscu, skąd udaliśmy się następnie autobusem do Mediolanu. Jeszcze przed wylotem, napotkaliśmy jednak na pierwsze problemy, a mianowicie podczas kontroli na lotnisku, panom ze straży granicznej nie spodobały się plastikowe kijki, na których zawsze zaczepiamy flagi. Mimo tego, że te kijki miały już za sobą kilka podróży samolotem, to tym razem niestety nie dane było im polecieć, a strażnik oznajmił nam, że plastikowym kijkiem można powalić co najmniej tuzin ludzi i jeśli chcemy to może nam to zademonstrować. Otarliśmy więc łzy ze śmiechu i odpuściliśmy dalszą polemikę stwierdzając, że będzie trzeba nabyć nowe kijki na miejscu.

W Mediolanie byliśmy przed 9:00, a następnie mieliśmy zaplanowany pociąg do Genui na godzinę 12:25. Mieliśmy więc kilka godzin wolnego i postanowiliśmy udać się w kierunku centrum, by skonsumować jakieś piwko do śniadania. Posiedzieliśmy trochę w jednym z barów nieopodal słynnej restauracji „Giannino” przeglądając lokalną prasę i dyskutując na temat obecnej sytuacji w Milanie i perspektyw jakie nas czekają, po przejęciu klubu przez nowych właścicieli. W miarę upływu czasu, robiło się coraz bardziej gorąco, więc postanowiliśmy udać się do delikatesów po chłodny prowiant na podróż do Genui. Niestety, o ten chłodny prowiant we Włoszech, wcale nie jest łatwo, gdyż trzymanie w sklepie piwa w lodówkach do standardów nie należy, ale o tym będzie jeszcze dalej… Zrobiliśmy małe zakupy, przy czym zarekomendowałem reszcie wyprawy, bardzo dobre piwko marki Ceres, które we Włoszech jest niezwykłe popularne. Jest to nie tylko piwo dobre w smaku, ale przede wszystkim mocne w procentach, dzięki czemu w słynnym rankingu Spejsona, gdzie porównuje on cenę do mocy, uplasowałoby się ono bardzo wysoko. Zakupiwszy więc świeże piwo udaliśmy się pod Stazione Centrale, by poczekać na nasz pociąg. Usiedliśmy sobie na pięknym skwerze przed Dworcem i w pełni legalnie, raczyliśmy się pysznym piwkiem wśród promieni mediolańskiego słońca. Atmosfera robiła się coraz bardziej przyjemna i byliśmy coraz bardziej zajarani Sardynią, kiedy Ludwik ze stoickim spokojem oznajmił nam, że za 5 minut mamy pociąg. Jak to za 5 minut? – spytali wszyscy zdziwieni. A no za 5 minut. Wzięliśmy więc szybko za plecaki i biegiem udaliśmy się na dworzec, z którego musieliśmy jeszcze przebiec całkiem spory kawałek na nasz 23. peron. Nie wiem czemu, wszyscy oprócz Ludwika, żyliśmy w przekonaniu, że pociąg odjeżdża nie o 12:25, ale przynajmniej o 12:55. W każdym bądź razie, sprintem biegliśmy na perony, gdzie przed wejściem kontroler biletów kiwając do nas głową oznajmił nam, że nie wie czy zdążymy. Od wejścia na perony, do naszego pociągu, był bowiem jeszcze całkiem spory kawałek. Ostatecznie udało nam się wskoczyć do pociągu, dosłownie na kilka sekund przed odjazdem i mogliśmy później już na spokojnie, szukać sobie dogodnego miejsca. Podróż przebiegła całkiem szybko i przyjemnie na podziwianiu pięknych widoków, kiedy to zostawialiśmy za naszymi plecami Lombardię i wjeżdżaliśmy do Ligurii.

Po dotarciu do Genui, mieliśmy kolejne kilka godzin wolnego czasu. Postanowiliśmy zwiedzić nieco okolice portową, po czym następnie udaliśmy się do jednego z wielu dostępnych barów na relaks. Dalej chcieliśmy jeszcze coś zjeść przed rejsem, jednak dotknął nas typowy włoski problem, że jak nie zjesz o określonej włoskiej porze, to niestety zostaje ci już tylko McDonald’s i to samo przydażyło się również nam. Zanim udaliśmy się jednak na amerykańskie hamburgery, postanowiliśmy zaopatrzyć się wcześniej w prowiant na długi, całonocny rejs. Trafiliśmy do sporego supermarketu na terenie portu, jednak i tam nie było piwa w lodówkach, lecz jedynie na półkach. Postanowiliśmy więc przełożyć pokaźną liczbę piw do zamrażarki z warzywami, umiejętnie je przy okazji ukrywając, by nikt nam ich nie zabrał i wrócić po nie za dwie godziny. Mogliśmy więc ze spokojem udać się teraz do McDonald’s na hamburgery, których smak i tak doprawiliśmy sobie pysznym winem Lambrusco, które zupełnie jak u siebie w domu, polewał Dondamajk. Na zakończenie uczty, udaliśmy się z powrotem do supermarketu po nasze pyszne i zimniutkie piwka, po czym przeszliśmy kontrolę portową i udaliśmy się na statek, który miał nas zabrać z Genui do Olbii na Sardynii. Przed wejściem na pokład, zrobiliśmy sobie jeszcze kilka pamiątkowych fotek, po czym rozpoczęliśmy poszukiwanie naszych miejsc. Zostawiliśmy bagaże i skierowaliśmy się na najwyższy pokład, by z góry i na otwartej przestrzeni pooglądać sobie wypłynięcie z portu i podziwiać przepiękne miasto, jakim jest Genua. Nie mogło oczywiście zabraknąć także zdjęć z flagą MCP, co natychmiast wywołało zainteresowanie wśród pozostałych uczestników rejsu, którzy także chcieli sobie zrobić z nami zdjęcie. Następnie zwiedziliśmy nieco statek i udaliśmy się do tamtejszej restauracji na kolacje. Szybko jednak zaczęliśmy odczuwać trudy całodziennej podróży i bardzo wczesnej pobudki. Po samolocie i pociągu, był to już nasz trzeci środek transportu jednego dnia, co sprawiło, że dość szybko padliśmy. Rejs przebiegał bardzo spokojnie, jednak to co nas zbudziło w środku nocy, to odkręcona maksymalnie klimatyzacja, której mimo wielu prób, nie dało się w żaden sposób uregulować. Każdy przykrywał się więc czym tylko się dało, a znakomicie w tej roli sprawiły się również wielkie flagi MCP. W końcu po 12 godzinach rejsu w sobotę rano dotarliśmy do Olbii.

Po przypłynięciu do portu, skierowaliśmy się do baru na śniadanie, a następnie do naszego hotelu, gdzie zostawiliśmy bagaże i wynajęliśmy sobie samochód, by zwiedzić jak największą część północnej Sardynii. W pierwszej kolejności udaliśmy się na malowniczą plażę o nazwie Pitulongu, gdzie biały piasek i krystalicznie czysta woda, sprawiały wrażenie, jakbyśmy byli na Malediwach, a nie na Sardynii. Parę chwil relaksu i kąpiel w morzu sprawiły, że znów poczuliśmy się pełni sił. Następnie udaliśmy się dalej na północ w poszukiwaniu jakiejś dobrej lokalnej restauracji. Wszyscy byliśmy bardzo ciekawi regionalnej kuchni i chcieliśmy zjeść coś niespotykanego i typowego dla Sardyńczyków. Z pomocą przyszedł Dondamajk, który pełnił na wyjeździe rolę Makłowicza i wyszukując na Trip Advisor najlepsze restauracje sprawiał, że byliśmy wszyscy zachwyceni. Udaliśmy się więc do portowego miasta Golfo Aranci, gdzie mogliśmy zjeść wiele rodzajów pysznych i znakomicie przyrządzonych ryb, popijając do tego znakomitym białym winem. Zgodnie stwierdziliśmy także jak bardzo z biegiem lat zmienia się MCP i że jeszcze parę lat temu, nikomu do głowy, by nie przyszło, żeby podczas wyjazdu na mecz, szukać przede wszystkim dobrego miejsca do zjedzenia czegoś lokalnego. Jedzenie i wino było tak dobre, że przy okazji wykorzystaliśmy także maksymalny we Włoszech poziom alkoholu w wydychanym powietrzu (0.6 promila) i musieliśmy trochę odpocząć, by udać się na zwiedzanie kolejnej części wyspy. Okolica była jednak niesamowicie piękna co sprzyjało naszym spacerom. Po krótkiej przerwie udaliśmy się dalej w drogę, przemierzając takie miejscowości jak słynne Porto Rotondo i Porto Cervo, by zatrzymać się na plaży w miejscowości Baja Sardinia. Tam przyszedł czas na leżakowanie i odpoczynek w promieniach sardyńskiego słońca, z którego w pełni korzystaliśmy stwierdzając, że jest tutaj tak pięknie, że przydałoby się więcej drużyn z Sardynii w Serie A. Kiedy zbliżał się wieczór, postanowiliśmy wrócić do naszego hotelu, zahaczając jeszcze tradycyjnie o supermarket w poszukiwaniu zimnych napoi. Następnego dnia rano, mieliśmy pociąg z Olbii do Cagliari, które w końcu było głównym celem naszej wyprawy, więc postanowiliśmy jeszcze zrobić rundę po mieście, by sprawdzić jak daleko mamy do Dworca kolejowego i odwiedzić jakąś kolejną knajpę z lokalnymi specjałami kulinarnymi. Tym razem padło na klasyczną pizzę, jednak odkryciem wieczoru było bardzo dobre lokalne piwo o nazwie Ichnusa, które raczej ciężko spotkać w sklepach we Włoszech. Wieczór minął nam na rozmowach w hotelu i na oglądaniu walki Burnejki z Popkiem, o ile można nazwać to w ogóle walką. Co raz bardziej byliśmy także podjadani zbliżającym się daniem głównym, czyli meczem Cagliari – Milan.

W niedzielny poranek opuściliśmy nasz hotel i udaliśmy się wynajętym samochodem na Dworzec Kolejowy w Olbii. Zaparkowaliśmy samochód w umówionym miejscu, zostawiając przy tym kluczyki schowane w amortyzatorze i udaliśmy się na nasz pociąg. Po ponad 3 godzinach podrózy, gdzie mogliśmy zobaczyć wyspę od środka, dotarliśmy do stolicy wyspy, czyli do Cagliari, zwanego przez niektórych „Kalgary”. Tam w umówionym hotelu czekała już na nas pozostała część ekipy, która przyleciała do Kalgary samolotem bezpośrednio z Warszawy. Zameldowaliśmy się w hotelu i po zostawieniu bagaży, udaliśmy się szybko już w pełnym składzie do supermarketu, by zaopatrzyć się na wieczór. Kiedy wróciliśmy, było po godzinie 12:00 i musieliśmy się spieszyć, by dotrzeć na stadion. Trzeba było jeszcze odebrać bilety i przede wszystkim nabyć kijki, tak by widoczna była flaga MCP. Wszystko udało się załatwić w miarę sprawnie i zostało jeszcze trochę czasu na to by, oddać się smaku zimnej Ichnusy. Na stadion weszliśmy na niecałą godzinę przed meczem, a na sektorze przywitał nas ponad 30-stopniowy upał i ani skrawka cienia. Rozwiesiliśmy flagi i zajęliśmy bardzo dobre miejsca oczekując na pierwszy gwizdek sędziego. Z powodu ciągłego przekładania terminu meczu, ekipa z Curva Sud Milano ogłosiła protest i nie przyjechała na Sardynię, jednak mimo ich braku doping był całkiem niezły za sprawą licznych włoskich fan klubów. Na sektorze czuć było wyspiarski klimat i dało się odczuć, że stadion najlepsze lata ma już zdecydowanie za sobą. Wszak był to ostatni mecz Cagliari rozgrywany na tym stadionie, a my mogliśmy się nacieszyć jeszcze wszech panującym old skulem. Dzięki wcześniejszym wynikom, mecz z Cagliari nie miał już większego znaczenia jeśli chodzi o tabelę, więc oglądaliśmy go na pełnym luzie, nie martwiąc się zbytnio tym, że Cagliari szybko objęło prowadzenie, a Bacca nie wykorzystał rzutu karnego. Z biegiem czasu coraz bardziej dawał się we znaki niesamowity upał, a także atmosfera na trybunach i kilku fanów Cagliari, którzy przez 90 minut byli skupieni, nie na meczu, lecz na wyzwiskach w naszą stronę. Byli oni tym tak przejęci, że co chwila opuszczali swoje miejsca i podchodzili pod barierki, by być bliżej nas, jednak po jakimś czasie ochrona skutecznie ich oddaliła i uspokoiła. W drugiej połowie Milan ruszył do ataku i wywalczył kolejny rzut karny. Tym razem do piłki podszedł Lapadula i skutecznie doprowadził do remisu. Kiedy wydawało się, że wynik meczu jest już przesądzony, w doliczonym czasie gry, sędzia podyktował rzut wolny dla gospodarzy, po którym padł gol oznaczający porażkę Milanu 2-1. Sędzia gwizdnął po raz ostatni, a my liczyliśmy na to, że piłkarze podejdą pod nasz sektor i podziękują za doping nie tylko na upalnej Sardynii, ale i przez cały sezon. Niestety to było jednak dla nich zbyt trudne i tylko nieliczni pomachali do nas z większej odległości.

Po zakończeniu spotkania, musieliśmy odczekać swoje na sektorze i był to chyba najtrudniejszy okres podczas całego wyjazdu. Organizatorzy spotkania najwyraźniej nie przewidzieli, ze na koniec maja na Sardynii są już ponad 30-stopniowe upały i ustalając mecz na godzinę 15:00 skazują tym samym kibiców na prawię 5-godzinną kąpiel w słońcu, która niezbyt była wtedy pożądana. Po paru chwilach oczekiwania na sektorze, wypuszczono nas na plac przed stadion, gdzie musieliśmy spędzić blisko kolejną godzinę, bez najmniejszego skrawka cienia i bez wody. Kiedy po długim czasie nas wypuszczono, chcieliśmy skierować się do centrum w poszukiwaniu restauracji, jednak nie odeszliśmy nawet 200 metrów od stadionu, a zostaliśmy zatrzymani przez cywilnych policjantów, którzy zabronili nam iść dalej twierdząc, że jest to zbyt niebezpieczne i że parę tygodni wcześniej w identyczny sposób kibice Lazio spotkali się z atakiem miejscowych. W związku z tym policjanci sami wezwali nam busa, który zawiózł nas bezpiecznie do samego centrum „Kalgary”, gdzie mogliśmy udać się do restauracji w ramach poszerzania naszej wiedzy kulinarnej na temat Sardynii. Spróbowaliśmy kolejnych specjałów, po czym zrobiliśmy drobne zakupy w sklepach z pamiątkami i udaliśmy się do hotelu, gdzie do późnych godzin nocnych graliśmy w ping ponga i delektowaliśmy się włoskim winem. Jak zwykle zapas kupiony na 3 dni, skończył się po pierwszej nocy i następnego dnia, musieliśmy ponownie udać się na zakupy.

Następnego dnia, mieliśmy w planach odpoczynek na plaży w okolicach Cagliari oraz zwiedzanie miasta. Po porannym śniadaniu udaliśmy się więc autobusem komunikacji miejskiej na plażę Poetto nieopodal Cagliari. Tam mogliśmy się w pełni zrelaksować na leżakach przy jednym z plażowych barów i w spokoju smakować Ichnusę. Położenie tej plaży sprawiało, że była to typowa plaża dla surferów, która charakteryzowała się większym wiatrem i falami, co utrudniało nam nieco kąpiel w morzu. Po kilku godzinach opalania się, część ekipy udała się do hotelu, natomiast reszta nadal leniuchowała na plaży. W hotelu postanowiliśmy skorzystać z jego atrakcji i urządziliśmy sobie partyjkę w tenisa, posyłając przy tym kilkakrotnie piłkę poza kort, mimo całkiem wysokiego ogrodzenia. Po wyczerpującym meczu tenisowym, przyszedł czas na chwilę odpoczynku i zaraz później dołączyła do nas reszta ekipy, która wróciła z plaży dość mocno przypieczona. Naszym celem na wieczór, była kolejna wyprawa kulinarna, a by to spełnić, Dondamajk ponownie wyszukał najlepsze i przystępne cenowo restauracje w „Kalgary”. Udaliśmy się wiec na miasto do restauracji Stella Marina di Montecristo, która miała nawet rekomendacje Michelin. Narobiliśmy sobie sporo apetytu, jednak na wejściu właściciel oznajmił nam, że do godziny 22:00 ma wszystko zarezerwowane i nie będzie miał dla nas ani jednego wolnego stolika. Z racji tego, że dochodziła dopiero godzina 20:00, a część ekipy była już bardzo głodna, postanowiliśmy się rozdzielić i część poszła szukać innej restauracji, a reszta w oczekiwaniu na 22:00 zwiedzała centrum miasta. Po krótkim spacerze, postanowiliśmy zatrzymać się jednak w jednym z barów przy głównej ulicy i poczekać w spokoju smakując po raz kolejny piwko Ichnusa. Kiedy dochodziła godzina 22:00 skierowaliśmy się do wspomnianej restauracji, gdzie właściciel miał już dla nas wolny stolik. Zajęliśmy nasze miejsca, zamówiliśmy od razu 2 litry wina i czekaliśmy na kartę dań. Zamiast tego, kelner przyniósł nam jednak olbrzymie talerze morskich przystawek, w których znajdowały się między innymi przegrzebki, krewetki, małże i inne specjały. Po tym jak poradziliśmy sobie z przystawkami, nie wiedzieliśmy czym jeszcze zaskoczy nas kelner. Postanowiliśmy więc zaskoczyć go pierwsi i domówiliśmy kolejne wina, gdyż pragnienie po całym dniu plażowania, mocno dawało się we znaki. Chwilę później, kelner ponownie nas nie uprzedzając, przyniósł każdemu talerz pysznego spaghetti z owocami morza, po którym zrozumieliśmy, że w tej restauracji nie ma karty dań i nikt cie nie pyta co chcesz zjeść, tylko serwuje się po prostu, to co najlepsze i świeżo złowione. Jak dla nas, poszukiwaczy dobrej ryby, był to więc strzał w dziesiątkę. Zachwyceni miejscem i znakomitym jedzeniem, musieliśmy domówić więc kolejne wino, by odpowiednio przygotować się do dania głównego. Po chwili odpoczynku, kelner wjechał znowu z wielkimi talerzami pysznie przyrządzonych dorad, labraksów, krewetek i kalmarów. Ledwo co, sobie z tym wszystkim poradziliśmy i na koniec stwierdziliśmy, że jest to jedno z lepszych miejsc, w jakich dane nam było coś zjeść. Nie można więc było pominąć tego w relacji i zachęcam każdego, kto będzie kiedyś w „Kalgary” do odwiedzenia tego miejsca. Na koniec baliśmy się nieco o rachunek, ponieważ nikt nas nie informował o cenach, jednak przy wyjściu właściciel okazał się bardzo uprzejmy, pytając nas po prostu, czy 30 euro od osoby, to będzie ok. Z racji ilości wypitego wina, 30 euro było nawet bardziej niż ok. Restaurację opuściliśmy grubo po północy i byliśmy tak najedzeni, że nie mieliśmy nawet siły, by iść do hotelu. Odczekaliśmy chwilę przy jednym z parków i mimo późnej pory, udało nam się znaleźć transport w kierunku hotelu. Kiedy tam dotarliśmy, pozostała część ekip rozgrywała już turniej w ping ponga i ochoczo do nich dołączyliśmy.

Niestety dla naszej piątki wyprawa dobiegała końca i następnego dnia, po śniadaniu musieliśmy udać się na lotnisko, natomiast pozostała część ekipy, czyli Spidi, Ajva i Maciek, mogli się jeszcze przez cały kolejny dzień cieszyć piękną pogodą i zwiedzać kolejne miejsca bardzo urokliwej Sardynii. My natomiast najpierw mieliśmy samolot z Cagliari do Bergamo, a poźniej po kilku godzinach oczekiwania w przy lotniskowym centrum handlowym, wsiedliśmy w kolejny samolot, który z Bergamo zabrał nas do Warszawy. Na zakończenie można napisać, że był to na pewno jeden z piękniejszych wyjazdów, podczas których największe znaczenie nie miał wynik meczu, ale przygoda i odkrycie nowych miejsc, nie tylko geograficznych, ale także kulinarnych, przez co w fan klubie zrodziła się nowa frakcja MCP, czyli Makłowicz Club Polonia.


Relacja: Sonar

Partnerzy MCP
ACMilan.PLACMilan24.comKoszulki piłkarskie
  | MILAN CLUB POLONIA - STRONA GŁÓWNA | O FAN KLUBIE | AKTUALNOŚCI | WYJAZDY MCP | ZLOTY MCP | GADŻETY MCP | KONTAKT | statystyka