Stowarzyszenie Milan Club Polonia - jedyny oficjalny fanklub Milanu w Polsce - największy Milan Club w Europie!

Witamy w Milan Club Polonia


MCP - daty i liczby:
Spotkanie założycielskie: 28.12.2001
Rejestracja Stowarzyszenia: 29.10.2004
Oficjalny fanklub AC Milan od: 26.06.2005
Liczba członków w sezonie 18/19: 812
MCP to największy fanklub Milanu w Europie!

Liczba wyjazdów na mecze Milanu: 66
Liczba zorganizowanych spotkań Milanistów: 30
Kontakt: kontakt@milanclubpolonia.pl
Kanał IRC: #MCP

Przydatne linki:

- PIŁKARZ ROKU
- TERMINARZ MILANU NA SEZON 2018/19
- Panel członka MCP
- Regulamin kwalifikacji na wyjazdy
- Wyjazdy prywatne - Regulamin dystrybucji karnetów
- Zasady rezygnacji i zwrotów z imprez MCP
- Informacje nt. Cuore Rossonero
- Informacje biletowe dla osób niepełnosprawnych
- MCP na Facebook
- MCP na YouTube

 Wyjazdy MCP

Milan-Brescia

Początek wyprawy sięga mniej więcej połowy listopada, kiedy to odebrałem maila z zaproszeniem na mecz Milan-Brescia w ramach prowadzonej przez AIMC inicjatywy „Milan Clubs in Tribuna”. W skrócie mówiąc, inicjatywa ta polega na tym, że na każdy mecz rozgrywany przez Milan na San Siro zapraszanych jest trzech prezesów wybranych fan klubów, którzy mają dodatkowo możliwość spotkania się z oddelegowanym przez klub zawodnikiem i obejrzenia spotkania z trybuny honorowej w doborowym towarzystwie. Ten właśnie mecz był przeznaczony dla przedstawicieli fan klubów zagranicznych.

Wiedziałem, że takiej okazji przepuścić nie mogę. Martwiło mnie jednak tylko to, czy znajdę odpowiednie połączenie lotnicze, chociaż w duchu mówiłem sobie, że pojadę tam choćby i samochodem. Los chciał jednak tak, że dopasowałem sobie loty prawie idealnie, z małym utrudnieniem w postaci tego, że wylot miałem z Warszawy, a powrót do Łodzi. Bilety były więc zamówione, hotel również i pozostało już tylko czekanie do dnia wyjazdu. Myślałem o tym meczu prawie każdego dnia i wyczekiwałem go niemalże tak, jak finału Ligi Mistrzów, których nam - kibicom Milanu - dane było w ostatnich latach przeżyć wiele. Im bliżej było meczu, tym bardziej martwiła mnie jednak pogoda oraz wiadomości, w których co chwilę informowali o śnieżycach w całej Europie i odwoływanych lotach. Widmo stracenia takiej okazji przez głupią pogodę momentami mnie wręcz przerażało, ale wiedziałem, że tak czy siak tam dotrę.

Mecz był zaplanowany na sobotni wieczór, a wylot miałem tego samego dnia wcześnie rano, więc już w piątek po skończonej pracy szybko pędziłem do domu, żeby przed podróżą jeszcze coś zjeść i się spakować. Pogoda była fatalna: nieustannie sypiący śnieg i zamiecie sprawiały, że bałem się już nie tylko o to, czy wyleci samolot, ale również o to, jak dojadę do Warszawy. Naładowany przedmeczowymi emocjami szybko się spakowałem, wsiadłem w samochód i bardzo powoli rozpocząłem swoją wielką podróż. Ciągłe opady, samochody leżące w rowach, zamiecie, maksymalna prędkość na całej trasie – 70 km/h sprawiły, że do Warszawy dotarłem z dużym opóźnieniem, co oznaczało dla mnie, że snu będzie bardzo mało.

Sobota – 4 rano, pobudka, oczy na zapałki i brat odwoził mnie na lotnisko (thx bro). Pogoda na szczęście była już optymalna: opady ustały, o lot można więc być spokojnym. Samolot ruszył punktualnie i po niecałych dwóch godzinach wylądowałem w Bergamo. W końcu można było zdjąć z głowy czapkę, przestać trząść się z zimna i zacząć rozkoszować słoneczną pogodą. Po wyjściu z lotniska wsiadłem do autobusu i po niecałej godzinie byłem na dworcu głównym w Mediolanie. Pora była jeszcze wczesna, więc z dworca skierowałem się oczywiście na Duomo, na którym za każdym razem jest pełno ludzi. Wpadłem do baru na włoskie śniadanie i przejrzenie porannej prasy, z której dowiedziałem się, że nasi kochani „kuzyni” znowu się pogrążyli i przegrali 3-1 z Lazio. Ucieszony tą informacją ruszyłem w poszukiwaniu nowego Milan Mega Store, w którym spotkałem trójkę milanistów z Polski, z którymi kontaktowałem się już wcześniej na forum MCP. Sam sklep jest bardzo ładny, dwupoziomowy i jest w nim wszystko, czego można sobie tylko zapragnąć. Jak to zawsze w oficjalnych sklepach, „bardzo ładne” są również ceny i bogaty w doświadczenie wiedziałem, że będę mógł kupić sobie te same rzeczy pod stadionem po dużo niższej cenie. Powoli dochodziło południe, więc zaczynałem zmierzać w kierunku hotelu, żeby się zakwaterować. Hotel miałem parę przystanków od centrum, więc dość szybko do niego trafiłem. Na miejscu chwila odpoczynku, małe przygotowanie do wieczornego meczu i można było ruszać dalej. Skierowałem się z powrotem do centrum i wysiadłem na przystanku Turati. Pomyślałem, że przejdę obok siedziby Milanu: może akurat spotkam jakiegoś działacza. Nikogo niestety nie było, więc poszedłem dalej w poszukiwaniu taniej knajpy, w której można zjeść dobry obiad. Moją uwagę zwróciły nagle głośne piski i krzyki ludzi. Zaciekawiony sytuacją podszedłem bliżej, by zobaczyć, co się dzieje i okazało się, że to akurat mająca dziś i jutro koncerty w Mediolanie Lady Gaga wyszła sobie na zakupy. Po jej wejściu butiki oczywiście były zamykane, a chmara ludzi czekała aż artystka (bardzo śmiesznie ubrana, jak na kogoś robiącego zakupy) będzie szła dalej. Przeciskając się przez tłumy stwierdziłem, że pora zmierzać powoli na San Siro, gdzie emocji będzie aż nadto. Wsiadłem więc do metra i skierowałem się na przystanek Lotto. Po wyjściu jeszcze obowiązkowo zajrzałem do McDonald’s, po czym ruszyłem dalej, podśpiewując sobie pod nosem przyśpiewki Milanu. Małe zakupy na stoiskach pod stadionem, później jeszcze pizza w stałej restauracji w pobliżu San Siro, piwko i mogłem skierować się do AIMC, by odebrać wejściówkę i omówić z Włochami parę bieżących spraw związanych z MCP. W kwestii tego, co było pod stadionem, warto podkreślić również, że zgodę Milanu z Brescią widać było na każdym kroku. Ludzie chodzili z łączonymi szalikami, a oprócz bliźniaczych szali do kupienia były również koszulki z logiem diabła i lwicy wychwalające wspólną przyjaźń obu klubów.

Godzina 19:30 - spotkaliśmy się wszyscy przy wejściu na trybunę honorową, do której wejścia pilnowali nie stewardzi w żółtych kamizelkach, ale uprzejmi panowie w garniturach mający jeszcze w uszach słuchawki, z których zapewne leciała jakaś fajna muzyczka. Wejście wyłożone czerwonym dywanem, a w środku widać parę pucharów. Temperatura spadła do około 2 stopni, jednak 80 % wilgoć dawała się coraz bardziej we znaki i robiło się zimno. Prezydent Honorowy AIMC Alessandro Capitanio przyjął mnie oraz Prezesa Milan Clubu ze Szwajcarii i dwóch przedstawicieli fan klubów z Włoch. Przed wejściem do środka dał nam jeszcze dodatkowe bilety i powiedział: "nie zgubcie tego, bo to najważniejsza rzecz w całym dzisiejszym dniu". Obejrzałem ten bilet, ale oprócz kodu kreskowego był na nim tylko napis – Executive Club – więc w dalszym ciągu żadnemu z nas to jeszcze nic nie mówiło. Capitanio wprowadził nas na stadion: jednak nie wejściem przez czerwone dywany, a zupełnie bocznym, które otwiera specjalną kartą magnetyczną. Weszliśmy do środka, przeszliśmy przez pełne fotoreporterów i dziennikarzy Mix Zone, które do tej pory znałem tylko z telewizji i skierowaliśmy się ku szatni. Mix Zone to specjalny korytarz, który prowadzi właśnie do szatni i jest głównym miejscem, w którym są udzielane wywiady. Stanęliśmy więc przy szatni Milanu i czekaliśmy. Nagle obok nas przechodził - jeszcze w garniturze - Yepes, który rozmawiał sobie przez komórkę, a po chwili usłyszałem Allegriego, który krzyczał: "Pippo, tylko nie narób mi dziś lipy." Allegri wyszedł z szatni i przechodził do drugiego pokoju, a my prawie jednogłośnie powiedzieliśmy do niego "Buona Sera Mister". On z uśmiechem na twarzy odpowiedział nam: "Buona Sera". Miał tego dnia dobry humor, bo co chwila się kręcił i z kimś żartował. Po chwili przyszedł również do nas na wspólne, oficjalne zdjęcie. Krótka wymiana zdań na temat dzisiejszego spotkania, po czym wrócił do szatni do reszty zespołu. Za chwilę przechodził Galliani oraz cała drużyna Brescii, która dopiero dojechała na stadion. Następnie zobaczyliśmy zmierzającego w naszym kierunku wolnym tempem Seedorfa. Ciepły płaszcz, dobrze owinięty szalik i zimowa czapka - krótko mówiąc ubrany jak na polską zimę. Clarence od razu podszedł do nas się przywitać, jakby już wiedział, o co chodzi. Zaskoczony tym, że dopiero teraz szedł do szatni, zapytałem go: "Czemu tak późno? Odpoczywasz dzisiaj?" Na to Clarence śmiejąc się odparł: - "Gdzie tam odpoczywasz, tu się nigdy nie odpoczywa". Był bardzo wesoły, sympatyczny i dostępny: odpowiadał na wszystkie pytania z uśmiechem na twarzy i - jak to często bywa na boisku - nie spieszyło mu się również do szatni. Po jego odejściu poczuliśmy się na tyle swobodnie, że zaczęliśmy sobie wszyscy żartować na jego temat i - jak się okazuje - Włosi mają identyczne żarty, jakich można często posłuchać na kanale IRC #milan.pl, bądź podczas prywatnych rozmów. Muszę jednak przyznać, że bardzo mnie zaskoczył swoją uprzejmością i swobodą, z jaką z nami rozmawiał.

Następnie Capitanio zaprosił nas dalej i powiedział, byśmy przygotowali wcześniej wspomniane bileciki z napisem Executive Club. Przeszliśmy przez specjalnie pilnowane drzwi i weszliśmy do lokalu, który jest dostępny tylko dla VIPów. Capitanio rzekł do nas: "Bierzcie tutaj, co tylko chcecie, a jak wam się już znudzi, idźcie na stadion oglądać mecz." Rozejrzałem się w środku i ujrzałem wiele znanych dotąd z telewizji twarzy oraz bufet jak w 5-gwiazdkowym hotelu. Pierwsze ku naszym oczom ukazały się kieliszki do wina i szampana ustawione na stołach w piramidy, zupełnie jak na wielkich przyjęciach. Na początek kelner nalał nam do pełna po dużym kielichu wysokiej klasy czerwonego wina i przeszliśmy dalej, żeby coś zjeść. Na stołach leżały najróżniejszego rodzaju smakołyki: do wyboru do koloru. Od makaronów przyrządzonych na rożne sposoby, wołowiny, szynek, salami, aż po sery, ciasta, torty, a nawet pizzę. Do tego kelnerzy co chwila donosili jeszcze wielkie tace pełne ciepłych canelloni i lasagne. Z bufetu roztaczał się przez szybę widok na boisko, tak żeby jakiś bardzo głodny VIP mógł oglądać mecz jedząc. Zaspokoiliśmy nasze kubki smakowe i poszedłem po kolejną pełną lampkę wina, którą rozkoszowałem się z Prezesem fan klubu ze Szwajcarii. Szwajcar szybko podłapał i kolejną lampkę przyniósł już sam. Racząc się winem, wspólnie dyskutowaliśmy na temat naszych fan klubów i zastanawialiśmy się, ile musi iść pieniędzy na zorganizowanie takiego bufetu podczas każdego meczu. Jedzenia były niezliczone ilości, a i ludzi również bardzo wiele. Same widelce były ułożone w taki sposób, że jedna osoba musiała spędzić parę dobrych godzin, żeby to tak poukładać. Wino było bardzo dobre, i tak nam posmakowało, że razem ze Szwajcarem co chwila chodziliśmy po kolejne lampki. Na telewizorach wiszących na ścianach widać było Maldiniego, który udzielał z garażów San Siro wywiadu, a niedaleko nas stał Galliani. Widzieliśmy go już wcześniej, jednak nie było wtedy możliwości zagadać. Podeszliśmy więc do niego, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia i z grzeczności spytaliśmy o jego nogę, ponieważ wciąż poruszał się o kuli. Opowiedzieliśmy też pokrótce o naszych fan klubach. Po chwili Galliani powiedział, że musi iść już na trybunę i będzie dostępny po meczu. Moje oczy dostrzegły wówczas Maldiniego. Powiem szczerze, że dopiero wtedy nogi zrobiły mi się naprawdę jak z waty i nie byłem w stanie wydusić z siebie nawet słowa. Jak dziecko wskazałem tylko kolegom z pozostałych fan klubów palcem w jego kierunku i kątem oka widziałem, że wszyscy zareagowali podobnie. Doskonale wiedzieliśmy, że oto przed nami stoi legenda nie tylko Milanu, ale najbardziej popularnego sportu na tej planecie. Człowiek, który poświęcił całe swoje życie Milanowi i aż pięciokrotnie wznosił w górę Puchar Mistrzów. Cali roztrzęsieni z wrażenia ruszyliśmy więc szybko w jego kierunku, żeby zamienić z nim parę słów i zrobić sobie wspólne zdjęcia. Paolo, podobnie jak inni, również przyjął nas bardzo ciepło i z uśmiechem na twarzy. Każdy z nas się przedstawił i powiedział parę zdań na temat fan klubu, który reprezentował. Paolo wszystkich wysłuchał, chwilę pożartowaliśmy na temat jego powrotu, próbując go przekonać, że Costacurta w tym wieku jeszcze grał i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Nie mogę nie napisać, że w momencie kiedy stawałem obok niego do zdjęcia, cały się trzęsłem, a oczy miałem jak ze szkła. Byłem w głębokim szoku i wszystko to, co się działo, wydawało mi się jednym wielkim snem i nie chciałem się z niego budzić. Myślałem sobie, że to przecież niemożliwe, że mogę sobie tak stać i rozmawiać z Paolo Maldinim. Tym Maldinim, który był kapitanem Milanu przez ponad dekadę i którego koszulka z numerem 3 została wycofana. Wszystko wydawało mi się zbyt piękne, by było prawdziwe. Cała sytuacja jest trudna do opisania, ale po zdjęciu ciężko było dojść do siebie. Na pożegnanie jeszcze chyba ze trzy razy powiedzieliśmy wszyscy „Ciao Paolo” i co chwila oglądaliśmy się za siebie, jakbyśmy się rozstawali z jakąś ukochaną osobą, na którą trzeba jeszcze rzucić te ostatnie spojrzenie, by dobrze ją zapamiętać. Wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej więcej już nie będziemy mieli takiej okazji, chociaż przed tym spotkaniem zapewne żaden z nas nawet o tej jednej szansie nie myślał.

Z tego wszystkiego nie zauważyliśmy nawet, że do rozpoczęcia meczu pozostało już niecałe pięć minut i za chwilę piłkarze będą wychodzić na boisko. Ruszyliśmy więc do wyjścia z Executive Club i schodami na górę po czerwonym dywanie udaliśmy się na trybunę. Wchodząc po schodach wciąż nie mogłem się otrząsnąć z tego, co się przed chwilą wydarzyło i co chwila przecierałem szklane z radości oczy. Od tego momentu aparatu fotograficznego pilnowałem bardziej niż portfela, bo było na nim przecież zdjęcie z Maldinim. Nowe dokumenty mógłbym sobie wyrobić, ale straty aparatu bym sobie nie darował.

Na stadion weszliśmy praktycznie w tym samym momencie, gdy piłkarze wychodzili z tunelu. Rzuciliśmy jeszcze okiem na dyskutującego na trybunie Gallianiego i zaczęliśmy szukać naszych miejsc. Usadowiliśmy się wygodnie o jakieś 10 metrów od niego i wciąż dyskutowaliśmy o naszym spotkaniu z Maldinim. Nie przestaliśmy jeszcze rozmawiać, gdy na lewej stronie boiska Ibrahimovic przeszedł paru obrońców Brescii i wyłożył piłkę Boatengowi, a ten strzelił pierwszego gola w tym spotkaniu. Była to ledwie 3. minuta meczu i ponad 40 000 obecnych na meczu fanów Milanu wybuchło radością. Oglądając mecze w domu, często zadawałem sobie pytanie, kiedy „Bing Bang Boateng” strzeli w końcu swojego pierwszego gola w Milanie i tym bardziej cieszyło mnie to, że mogłem go zobaczyć na żywo z trybun San Siro.

Mecz toczył się dalej, Curva Sud Milano dopingowała coraz głośniej, a ja patrząc na nich zaczynałem powoli odczuwać przyjemną nostalgię, że jednak to chyba nie jest miejsce dla mnie i z chęcią poszedłbym zdzierać swoje gardło razem z nimi. Widok powiewających wielu flag, palących się rac oraz doping przyciągały mój wzrok równie często, jak wydarzenia na boisku. Milan po szybko strzelonym golu oddał trochę pole gry Brescii, która była nawet bliska wyrównania, jednak świetną interwencją popisał się Abbiati. Rozpoczęliśmy wspólne dyskusje nad tym, że trzeba koniecznie strzelić drugą bramkę, by uniknąć nerwówki i jakby nas ktoś usłyszał. Parę minut później Milan ponownie przejął inicjatywę i w 28. minucie po błędzie obrony drugą bramkę strzelił Robinho. Nie zdążyliśmy jeszcze nawet ochłonąć po tym golu, jak w polu karnym razem z trzema obrońcami Brescii na luzie zatańczył sobie Zlatan Ibrahimovic i potężnym strzałem, o mało nie rozrywając siatki, strzelił trzeciego gola. W 30. minucie było już 3-0, a cały stadion szalał śpiewając piosenkę, która kiedyś dedykowana była Kace: „Siam venuti fin qua, siam venuti fin qua per vedere segnare Ibra”. Po trzecim golu i emocjach, jakie nam do tej pory towarzyszyły, byliśmy już w stanie magicznej euforii i nic nam nie mogło tego zepsuć. Rozochocony wcześniejszym winem Szwajcar zamówił u stewarda dla całej naszej czwórki specjalny 20% kawowy likier Borghetti, który bardzo zachwalał. Pierwsza połowa dobiegła końca, a w przerwie wszyscy szybko znowu poszliśmy do Executive Club w wiadomym celu. Przedstawiciele fan klubów z Włoch zajadali się różnymi pysznościami, a ja ze Szwajcarem wolałem rozkoszować się trunkami.

Na drugą połowę wyszliśmy praktycznie znowu równo z piłkarzami i zajęliśmy nasze miejsca w nadziei, że będziemy oglądać kolejne gole, chociaż już w przerwie słyszeliśmy głosy, że nie jest ładnie strzelać słabszemu rywalowi po 5 czy 6 goli, tym bardziej, jeśli jest się z tym zespołem zaprzyjaźnionym. Piłkarze Milanu jakby również słyszeli te uwagi i całą drugą połowę grali bardzo spokojnie, kontrolując wynik i się nie przemęczając. Na uwagę zwróciła tylko jedna znakomita okazja, jaką miał Robinho oraz wejście Ronaldinho, który w drugiej połowie zmienił zmęczonego Ibrahimovica. Warto podkreślić wielki aplauz, jaki San Siro zgotowało Ronaldinho w momencie, w którym wchodził on na boisko. Zanim mecz dobiegł końca, część osób zaczynała już opuszczać swoje miejsca, żeby zdążyć odjechać przed korkami. Nasze grono parę minut przed końcowym gwizdkiem opuścił również Szwajcar, bo - jak to powiedział - miał jeszcze 50 owiec do zgarnięcia. Grupa ze Szwajcarii przyjechała na ten mecz autokarem, więc musiał się nimi zaopiekować.

Po meczu zeszliśmy ponownie do Executive Club, żeby jeszcze coś zjeść i kogoś zobaczyć. Ludzi było już mniej, robiło się coraz bardziej kameralnie, a parę osób ewidentnie czekało na piłkarzy, żeby porozmawiać z nimi na temat spotkania. Za chwilę przyszedł rozradowany Galliani, który nie mógł się nacieszyć pięknym golem Ibrahimovica i tym, że Milan wciąż jest na pierwszym miejscu w tabeli. Dochodziła już powoli godzina 24 i niestety musiałem się zbierać, bo metro tego dnia kursowało do 00:30, a na piechotę do hotelu byłoby zbyt daleko. Rozejrzałem się jeszcze po raz ostatni po Executive Club, by wszystko dobrze zapamiętać, spojrzałem dokładnie na Gallianiego i udałem się w kierunku wyjścia, a następnie szybko na stację Lotto, żeby zdążyć na ostatnie metro. Wszyscy kibice opuścili stadion dużo wcześniej, więc tłumów nie było i na stację dotarłem dość szybko, trzymając ciągle rękę w kieszeni, w której miałem aparat. Do hotelu dotarłem około godziny pierwszej w nocy i pierwsze, co zrobiłem, to oczywiście przeglądanie zdjęć. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co się wydarzyło i miałem gęsią skórkę z nadmiaru emocji. Nawet jak zamykałem oczy, to wszystkie te zdarzenia wciąż miałem przed sobą. Przychodziły mi same do głowy i nie pozwalały zasnąć. Wiedziałem, że moje wielkie marzenia spełniły się tego dnia, a nawet wydarzyły się rzeczy, o których nie śmiałem marzyć.

Rano pobudka o godzinie 8, mała organizacja i już opuszczałem hotel, udając się do baru na włoskie śniadanie, a następnie po kupno porannej prasy, by poczytać o kolejnym zwycięstwie Milanu. Następnie kierunek Stazione Centrale i w drogę powrotną do Bergamo na lotnisko - oczywiście uważnie pilnując znajdującego się w kieszeni aparatu fotograficznego. Samolot wystartował z małym opóźnieniem, jednak wszystko nadrobił i w Łodzi wylądowałem praktycznie punktualnie. Z lotniska przemieściłem się na Dworzec Fabryczny, na którym przywitał mnie bardzo uroczy lokal o nazwie „Bonanza”. Po godzinie czekania pociąg do Warszawy i następnie powrót samochodem do Białegostoku - już w dużo lepszych warunkach pogodowych, niż na początku wyprawy. Do Białegostoku wróciłem późno w nocy i chyba z nadmiaru wrażeń, które wciąż we mnie tkwiły, zapomniałem wyłączyć lampki w samochodzie, co oczywiście wiązało się z problemami odpalenia samochodu na drugi dzień. Zbytnio się tym jednak nie przejmowałem, bo najważniejsze dla mnie było tylko to, że dowiozłem ze sobą aparat, na którym było zdjęcie z Maldinim i wiele innych uwiecznionych wspomnień. Jeszcze dzisiaj wiele myślę o tym meczu i wiem, że nie byłoby to wszystko nigdy możliwe, gdyby nie Milan Club Polonia i ludzie, którzy poświęcają temu swój cenny czas. Dzięki wszystkim i FORZA MCP!!!


relacja: SonaR

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ
ZOBACZ INFORMACJĘ ZE STRONY AIMC

Partnerzy MCP
ACMilan.PLACMilan24.comKoszulki piłkarskie
  | MILAN CLUB POLONIA - STRONA GŁÓWNA | O FANKLUBIE | AKTUALNOŚCI | WYJAZDY MCP | ZLOTY MCP | GADŻETY MCP | KONTAKT | statystyka